wtorek, 30 stycznia 2024

Recenzja Steel Panther "All you can eat"


Rok 2014 możemy uznać za udany dla polskich fanów zespołu Steel Panther. 24 lutego po raz pierwszy amerykańska grupa przyjechała do Polski i dała świetny koncert w warszawskiej Proximie, a 1. kwietnia ukazał się ich trzeci album „All You Can Eat”. Muszę przyznać, że jest to dla mnie mega wyczekiwany album oraz bardzo cieszy mnie fakt, że wreszcie mogę płytkę kupić w Polsce i nie muszę jej ściągać z zagranicy (jak było w przypadku „Feel The Steel” czy „Balls Out”, które już dawno figurują w mojej płytotece) - za to bardzo dziękuję Mystic Production. Dla tych, którzy nie znają zespołu przybliżę go, a jeśli już znacie, to możecie od razu przejść do kolejnego akapitu.

Los Angeles, rok 2000. Na początku było Metal Skool, potem Metal Shop oraz pierwsze wydawnictwo „Hole Patrol”. Zespół wyróżniał się tym, że wizerunkowo i muzycznie nawiązywał do glam rocka z lat 80' – natapirowane, długie włosy (w niektórych przypadkach peruki), obcisłe ciuchy, makijaż oraz melodyjne, heavy metalowe/hard rockowe utwory. Przekaz z podtekstami erotycznymi, posługujący się nomenklaturą prosto z filmów dla dorosłych. W 2008 grupa postanowiła się przemianować na Steel Panther, wydali ciepło przyjęty album „Feel The Steel”, gdzie gościnnie usłyszymy takich wokalistów jak Corey Taylor w kawałku „Death To All But Metal„ czy Justin Hawkins z The Darkness w „Party All Day (Fuck All Night)”. Zespół szybko zdobył popularność, wydał drugi album „Balls Out” z hymnem na cześć podbojów seksualnych Tigera Woodsa („Just Like Tiger Woods”) oraz DVD „British Invasion”. Niezmienny skład zespołu to: wokalista Michael Starr, gitarzysta Satchel, basista Lexxi Fox oraz perkusista Stix Zadinia.

Trzeci, najnowszy album, otwiera numer „Pussywhipped” z krótkim intro na gitarze: od razu słychać, że krążek będzie dynamiczny, melodyjny i bardzo energetyczny. I taki właśnie jest: dowodzi tego numer promujący „All You Can Eat”, „Party Like Tomorrow Is The End Of The World” - jeden z grzeczniejszych numerów na płycie, który najlepiej oddaje, czym jest Steel Panther: rozrywkowym zespołem z dobrym warsztatem muzycznym oraz świetnymi utworami (co zresztą było słychać też na koncercie), live też można już było usłyszeć najcięższy kawałek „Gloryhole” - utwór po pierwszym przesłuchaniu tak zapada w pamięć, że nieświadomie się go nuci pod nosem. Obok mocno rockowych „Ten Strikes You're Out” czy „Fucking My Heart In The Ass” to mój ulubiony numer. Na krążku znajdziemy też numery spokojniejsze, takie jak „The Burden Of Being Wonderful”  (zdecydowanie poważniejszy utwór, stonowany i bardzo udany) oraz „romantyczne” ballady np. „Bukakke Tears” czy „You're Beautiful When You Don't Talk”. Na uwagę zasługuje też ostatni kawałek, „She's On The Rag” - dla mnie najbardziej zaskakujący. Wszystkie kawałki są udane, ich realizacja jest na wysokim poziomie, utwory są różnorodne i każdy coś znajdzie dla siebie.

To kolejny ciekawy album w dyskografii Steel Panther. Słychać, że jest to rasowy zespół z krwi i kości: po pierwsze, mistrzowski wokal Michaela Starra – jak śpiewa „If I Was A King”, dla mnie już nim jest; po drugie, świetna gitara Satchela oraz cudowne solówki; po trzecie, wyrazisty bas, który brzmi mimo, iż jest w większości grany pod gitarę; po czwarte, dynamiczna i bardziej rozbudowana perkusja niż na wcześniejszych płytach.

Całość jest naprawdę niesamowicie smacznym kąskiem i album można zjeść w całości ze smakiem – po ostatnim kawałku zostaje niedosyt, który, mam nadzieję, zostanie zaspokojony kolejnym albumem od Steel Panther. Jeśli lubicie naprawdę dobrą muzykę oraz seks to krążek zdecydowanie dla Was!

Agata Katana